O rowerach bez planu

Posted by in Blog, Tu i tam

Pięć dni do zagospodarowania, cztery rowery, dwa namioty, start w Białymstoku. Początek naszej wyprawy zostaje zdeterminowany przez ograniczenia w przewozie czterech rowerów – dosyć późno kupujemy bilety i nie udaje nam się znaleźć pociągu, w którym wszyscy by się zmieścili. Dojeżdżamy do Białegostoku na dwie tury i około 17:00 ruszamy. Kierunek: Biebrzański Park Narodowy i dalej Mazury. Dokładnego planu nie ma, wiemy tylko, że skończymy w Olsztynie, skąd mieliśmy już kupione bilety na powrót do Warszawy.
 

 
Pierwszy dzień upływa nam pod znakiem szalonych białostockich kierowców, kukurydzianych pól, małych podlaskich wiosek i ciepłych dziecięcych powitań na każdym kroku. Nie mamy zaplanowanych noclegów, więc około 19:00 zaczynamy poszukiwania, rozglądając się za polami namiotowymi lub łąkami, na których moglibyśmy się rozbić. Pierwszy nocleg udaje nam się znaleźć w Trzciannem na terenie kościoła. Szybkie rozstawianie namiotów, mycie w wodzie ze studni, obiad i na deser lody za 1 zł – pierwszy dzień za nami.
 

 

 
Jak dobrze kłaść się spać i budzić ze słońcem! Kolejnego dnia jedziemy piękną trasą przez środek Biebrzańskiego PN – las, cisza, spokój i asfalt – idealne warunki dla rowerzystów. Dla równowagi kolejny odcinek to ruchliwa Szosa Knyszyńska, którą docieramy do Grajewa. Chcemy zdążyć dojechać nad jezioro Szóstak, gdzie zaplanowaliśmy nocleg, więc wsiadamy w pociąg i przejeżdżamy do Ełku, a stamtąd na rowerach do celu. Obiad zawsze jemy wieczorem, po dojechaniu na miejsce, ale w ciągu dnia często zatrzymujemy się na lody i inne smakołyki. W czasie wyprawy rowerowej postoje są przecież najfajniejsze.
 

 
Trzeci dzień to etap górski. Masa podjazdów zostaje zrekompensowana morzem maków i nieprzerwanym towarzystwem bocianów. I trzema postojami na lody. A pod koniec dnia kąpielą w Bełdanach i pięknym niebem, którym zachwycamy się do tej pory. O podjazdach i bolących nogach nie pamiętamy. Noc w Kamieniu spędzamy przy krzykach lisa i śpiewach mazurskich żeglarzy.
 

 

 

 
Z Kamienia jedziemy do Ukty, gdzie zatrzymujemy się, żeby uzupełnić zapasy wody. Kolejny postój robimy w słynnej lodziarni w Pieckach. Pycha! Najedzeni i szczęśliwi ruszamy dalej w stronę jeziora Białego. Tutaj zaczynają się przygody – crossowy odcinek przez zarośla, trawy i piachy, wielka niekończąca się ulewa i pęknięte szprychy w jednym kole. Uff, mimo braku zapasowych szprych, zepsute udaje się naprawić na tyle, że dojeżdżamy do Dźwierzut. Ciągle pada, więc zależy nam na szybkim znalezieniu noclegu. Udaje nam się w końcu na terenie plebanii. Dostajemy od ks. Piotra miejsce do rozbicia namiotów, a w gratisie wycieczkę do Szczytna i masę opowieści.
 
Od wyjazdu z Piecków prawie nie przestaje padać. Czasem mży, ale głównie leje. Ostatniego dnia około 14:00 dojeżdżamy przemoczeni do Olsztyna. To był bardzo dobry czas!
 

 

A jeśli kogoś zainteresowała trasa, to tu jest link.