Wielka wycieczka. Etap 2

Posted by in Blog, Tu i tam

*Etap 1 – tutaj.

16 listopada 2016 r. „Ciężka noc, od rana kambuz. Mocno buja, trochę muli – po południu mniej, wieczorem bardziej.” – tak wygląda opis pierwszego dnia w moim dzienniku. Początek jest trudny – „muli”, ciężko skupić na czymkolwiek wzrok, intensywne zapachy (najbardziej zapach kawy) są nie do wytrzymania, a błędnik zaczyna szaleć jak tylko zgubi horyzont, więc większość czasu spędzam na krzesełku rufowym, patrząc na to, co mamy dookoła. Mamy mało, a jednak bardzo wiele. Okazuje się, że obserwowanie nieba, chmur i koloru wody staje się jednym z bardziej fascynujących zajęć.

W pierwszych dniach nie pomaga też to, że trochę inaczej wyobrażałam sobie ocean. Ze względu na utrzymującą się flautę płyniemy inną drogą niż planowaliśmy. Zamiast kierować się na południe na Wyspy Zielonego Przylądka i potem jednym kursem na zachód, płyniemy na północny zachód, wykonując po drodze kilka zwrotów. Każdy zwrot powoduje, że zmienia się kierunek fali, co nie sprzyja przyzwyczajaniu się do morskiej rzeczywistości.

Z żeglarstwem niemazurskim poznałam się poznając Wiktora i do tej pory raz byłam na dłuższym rejsie katamaranem. Płynęliśmy do Sztokholmu, w sztormie, więc mniej więcej wiedziałam jak wygląda bałtyckie bujanie. Pamiętam też, że byłam pozytywnie zdziwiona formą, w jakiej udało mi się przetrwać (tak, przetrwać) tamten rejs. Bazując na małym bałtyckim doświadczeniu i wszystkim, co zdążyłam usłyszeć i przeczytać na temat rejsu przez Atlantyk, tworzyłam sobie wyobrażenie długiej, oceanicznej fali i przyjemnego bujania, które na pewno nie przeszkodzi mi w przeczytaniu sterty książek i robieniu wszystkiego, co lubię, a na co nigdy nie mam czasu w codziennym biegu.

Po jakimś czasie zaczynam się przyzwyczajać. Powoli rozpoznaję miejsca i czynności, których nie powinnam wykonywać i znajduję zajęcia, które zajmują mnie na tyle, że nie myślę o bujaniu, ale też nie wymagają nadmiernej koncentracji bez odrywania wzroku. Jednym z takich zajęć jest śpiewanie. Bardzo dużo tu sobie z Wiktorem śpiewamy – uczymy się nowych utworów Gjeilo, szlifujemy starocie z chóru Czackiego, przypominamy sobie hity scholowe, zakochujemy się na nowo w Adele, śpiewamy wszystko, co tylko przyjdzie nam do głowy.

Co jeszcze robimy w wolnym czasie? Obserwujemy chmury, patrzymy na mapę, czytamy, słuchamy kapitańskich opowieści, szukamy delfinów i latających ryb, opalamy się, a czasem mokniemy. Pogoda na oceanie bywa bardzo zmienna, ale też łatwo zaobserwować, co będzie się działo. Temperatura na początku utrzymuje się w okolicach 25°C. Im bardziej na południe, tym robi się jeszcze cieplej (a nawet upalnie) i zaczynają pojawiać się przelotne deszcze.

Cały czas próbujemy też coś złowić, ciągnąc za sobą żyłkę z przynętą. Płyniemy dosyć szybko, więc dopiero po 9 dniach, kiedy wiatr słabnie, udaje nam się złowić kilkukilogramową doradę. Menu na następny dzień mamy gotowe – będzie zupa rybna i sushi. Czas na ciekawostki dotyczące dorady. Mało kto wie, że wszystkie osobniki rodzą się jako samce, a w wieku dwóch lat przeobrażają się w samice i pozostają nimi już do końca życia. Druga ciekawostka – dorada zmienia kolor. Pigment w skórze, który zaczyna działać w stresowych sytuacjach sprawia, że z żółto-złoto-zielonej w sekundę staje się intensywnie niebieska.

Menu na każdy dzień mamy wcześniej ustalone. Jeszcze przed wypłynięciem każdy zaplanował, co będzie gotował na swoich wachtach kuchennych. Dzień kuka wygląda tak: wstaje o 8:00 i na 9:00 przygotowuje śniadanie. W związku z ograniczoną ilością jedzenia i nieograniczonym możliwym czasem trwania rejsu trzeba przygotować dokładnie to, co jest zaplanowane – albo „ZŚ”, tzw. zwykłe śniadanie (pieczywo, wędlina, sery, warzywa, dżem), albo „ZŚ” z dodatkiem, np. z jajkami lub parówkami, albo coś zupełnie innego – np. owsianka lub pudding chia z bakaliami. Po śniadaniu kuk zbiera zamówienia na herbaty, kawy i kakao, co robi właściwie całą wachtę w myśl żeglarskiej zasady „kuk nie człowiek”. Następnie zmywa naczynia i zaczyna powoli myśleć o obiedzie. Menu obiadowe jest także ściśle określone. Mój dziennik pokładowy pamięta z niego makaron z cukinią, kurczakiem, pesto i parmezanem, kotlety mielone z indyka, wołowinę w sosie słodko-kwaśnym, kurczaka curry, makaron z oliwkami. Palce lizać! Potem przychodzi czas na kolejne zmywanie i sprzątanie kuchni. Około 19:00 kuk zaczyna przygotowywać kolację, mając nadzieję, że większość załogi poprzestanie na przekąskach wieczornych i nocnych, które są nieodłącznym elementem wacht.

Obowiązki kuka już znamy, czas na resztę załogi. Tak jak wspomniałam w pierwszym poście, wachty są przydzielone do panów, a system jest rotacyjny. Wachtujemy w godzinach: 8-11, 11-14, 14-17, 17-20 itd. i co trzy wachty następuje zmiana. Stałą wachtę ma jedynie kapitan – 8-11 i 20-23, a to dlatego, że i tak w praktyce cały czas czuwa nad tym, co się dzieje i często pojawia się również na naszych wachtach. Osoba, która schodzi z wachty ma tzw. podwachtę – jest w gotowości i pomaga, gdy potrzeba więcej osób, chociaż formalnie wachtę pełni już ktoś inny. Nocna podwachta polega zazwyczaj na tym, że idzie się spać w ubraniu gdzieś w zasięgu głosu z mostka tak, żeby zawsze być gotowym do działania. System trochę skomplikowany, ale sprawdza się dobrze.

Często świętujemy – przepłynięcie 500 mil, przepłynięcie połowy, urodziny kapitana, wyczekany zwrot, 1000 mil do celu, pierwsza złowiona ryba, obiad niedzielny. Dużo radości przynosi też każde napotkane zwierzę. Płyniemy zupełnie sami, więc jakakolwiek oznaka życia to prawdziwe święto. W czasie całego rejsu spotykamy kilka ptaków, czasem dołączają do nas delfiny i bawią się przy dziobach. Często widzimy latające ryby, które za pierwszym razem wzbudzają dużo emocji, ale po jakimś czasie znajdowanie ich na siatce nie jest niczym nadzwyczajnym. Smakują też niespecjalnie.

Codziennie wyczekujemy dwóch niesamowitych momentów – wschodu i zachodu słońca. Zachwytom nie ma końca.

Na wszystko tutaj jest czas. Wszystko można przemyśleć, przegadać, wszystko przeczytać (kto może). Ciężko to opisać, jeszcze trudniej się do tego przyzwyczaić, żyjąc na co dzień z głową pełną zadań do zrobienia.

 

Rzeczywistość, w której jesteśmy zupełnie odcięci od świata, z której nie ma odwrotu trochę przeraża, ale też bardzo kusi. Dużo osób pyta, czy się nie bałam. Na podjęcie decyzji było na tyle mało czasu, że nie myślałam o tym dużo. Zastanawiałam się raczej, jak poradzę sobie ze studiami, z pracą i z obowiązkami, które zostawiam na nie wiadomo jak długo. Obawy zaczęły się pojawiać po podjęciu decyzji. Wyobraźnia działała, więc notabene osiemnastometrowy katamaran na środku OCEANU wydawał się być tyciuteńki jak łupinka Pana Maluśkiewicza.

Kolejne pytanie zazwyczaj dotyczy niebezpiecznych sytuacji i sztormów. W czasie płynięcia zdarzają nam się przygody – burza, awaria pompy wody szarej, przerwany żagiel, urwany delfiniak, uszkodzona szekla trzymająca genuę, przetarte fały. Większość problemów udaje się jednak rozwiązać i mamy dzięki temu kolejne okazje do świętowania. Jedną z nich jest szczęśliwe ocalenie Wiktora po bohaterskiej walce na maszcie.

Po 15 dniach płynięcia nadchodzi jednak największe święto…

30 listopada 2016 r., 14:44 czasu lokalnego – widzimy ląd! Na horyzoncie pojawiają się pierwsze karaibskie wysepki.

Jest radość!

O 17:30 przekraczamy magiczną granicę, o której kapitan mówi, że „to już”. Jesteśmy na Karaibach!

3025 mil morskich, 3 złowione dorady, jeden porwany żagiel, ponad 40 rolek sushi, tysiące wyśpiewanych nut, a przede wszystkim mnóstwo nowych doświadczeń i ogromna satysfakcja. W nocy z 30 na 31 listopada 2016 r. dopływamy na St John, jedną z trzech amerykańskich Wysp Dziewiczych. Zatrzymujemy się w pięknej Francis Bay i zaczynamy trzeci etap Wielkiej wycieczki!

mapa