Wielka wycieczka. Etap 3

Posted by in Blog, Tu i tam

*Etap 1 – tutaj, etap 2 – tutaj.

Trzeci etap Wielkiej wycieczki rozpoczyna się w nocy, 1 grudnia 2016 r., kiedy rzucamy kotwicę u wybrzeży St John. Amerykańskie Wyspy Dziewicze składają się z trzech głównych wysp: St Croix, St Thomas i St John. Na tej ostatniej, pokrytej lasami i prawie niezamieszkałej, znajduje się Park Narodowy Wysp Dziewiczych, który zajmuje 80% powierzchni wyspy. Początkowy plan zakładał, że popłyniemy bezpośrednio do stolicy Wysp – Charlotte Amalie na St Thomas, ale zmieniamy decyzję i zatrzymujemy się wcześniej. Chcemy uniknąć nocnego manewrowania między wyspami i nie stracić porannych widoków, których nie możemy się doczekać. Kotwica rzucona – zaczyna się świętowanie! Każdy świętuje na swój sposób – część załogi otwiera szampana, inni (w tym ja) wykorzystują pierwszą od piętnastu dni noc bez bujania i po prostu zasypiają, zanim jeszcze się zatrzymamy.

***

Są takie uczucia i stany, które bardzo ciężko opisać słowami. Każdy po prostu wie, jak to jest. Wielka wycieczka obfituje w takie momenty. Jednym z nich jest poranek 1 grudnia, kiedy po piętnastu dobach płynięcia wyglądam przez okno – radość miesza się z zachwytem, zachwyt ze wzruszeniem, a wzruszenie z niedowierzaniem.

Jest 8:00, 30°C w powietrzu, 28°C w wodzie, świeci słońce, nie buja, nie słychać szumu, ale śpiew ptaków. Prosto z łóżek wskakujemy do wody, ciesząc się wszystkim dookoła. Po uroczystym śniadaniu odpływamy w kierunku St Thomas, gdzie czeka nas odprawa w U.S. Customs and Border Protection.

Cumujemy przy kei i wychodzimy na ląd, na który tak bardzo czekaliśmy! Charlotte Amalie wita nas ulicznym harmidrem pełnym amerykańskich vanów, które ku naszemu zaskoczeniu jeżdżą lewą stroną, ale kierownicę mają umieszczoną tak jak my. Co chwila mijają nas tzw. safari buses, do których wsiadają nowi pasażerowie – to takie lokalne autobusy, którymi odbywa się transport po wyspie. Większość przejazdów kosztuje dolara, a kierowca nie wydaje reszty, więc planując pobyt na St Thomas, warto mieć ze sobą plik jednodolarówek.

Odprawa jest przyjemna i raczej bezproblemowa. Procedura wygląda tak samo jak przy wjeździe do Stanów kontynentalnych, dodatkowo trzeba załatwić formalności dotyczące katamaranu – podajemy wszystkie dane techniczne, port, z którego wypłynęliśmy, dane właściciela jachtu itp. Jedyne, co zaczyna nam doskwierać w czasie długiego pobytu w urzędzie, to bujanie – błędnik nadal działa w ‚morskim’ trybie, więc utrzymanie równowagi na lądzie czasem jeszcze sprawia trudność. Uff, odprawa skończona.

Zwiedzanie Charlotte Amalie zaczynamy od spaceru główną ulicą miasta, która jest diamentowo-biżuteryjnym rajem. Sklep jubilerski obok sklepu jubilerskiego, przez całą długość ulicy, po obu stronach. Czasem można się jeszcze natknąć na nieśmiertelne sklepy z pamiątkami, a w nich plastikowe magnesy, klasyczne koszulki ‚I LOVE ST THOMAS’ i rum we wszystkich smakach i kolorach tęczy.

Miasto jednak okazuje się być trochę inne niż się spodziewałam. Wyobrażałam je sobie jako luksusowy kurort, podobny do tych na Lazurowym Wybrzeżu. Jest jednak chaotyczne, gwarne, pełne śladów duńskiej zabudowy kolonialnej. Ospali Karaibowie na każdym kroku proponują swoje usługi i zagadują. Klimat miasta zmienia się, kiedy przypływa wycieczkowiec – ulice zostają opanowane przez turystów, a lokalni mieszkańcy stają się od razu bardziej energiczni.

Wieczorem Charlotte Amalie jest pełne kontrastów. Marina i okoliczne knajpy tętnią życiem – dużo w nich karaibskiej muzyki, zabawy i śmiechu. Wystarczy jednak tylko wyjść na ulicę, żeby poczuć się nieswojo. Jest cicho, pusto, a między budynkami snują się natrętni handlarze niezapomnianych wrażeń. Słoneczną wersję St Thomas wolimy też ze względu na wszędobylskie legwany, które bez trudu można spotkać w środku miasta.

***

Nie może się też obejść bez bardziej kontynentalnego akcentu – wizyta w K-mart (mniejsza wersja Walmart’u) i kolacja w McDonaldzie są wystarczające, żeby poczuć typowo amerykański klimat. ‚Kupujemy’ wszystko, oprócz coli, w której poziom cukru jest zbyt amerykański.

***

W moim podróżniczym dzienniku przy opisie pobytu na Karaibach jest dużo rysunków. Plaża jest oznaczona tylko największym ze wszystkich sercem, co znaczy, że zakochaliśmy się w niej najbardziej i nadal, oglądając zdjęcia, ciężko nam uwierzyć, że takie miejsca istnieją! A jeśli po wskoczeniu do wody spotyka się tęczowe rybki, płaszczkę i żółwie, to nie pozostaje nic innego jak się mocno uszczypnąć. Witajcie w raju!

***

Sta Ana, która dzielnie walczyła przez ponad 3025 mil, bez wątpienia zasłużyła na plażową sesję. Katamaran widoczny na zdjęciach to właśnie ona! Tutaj możecie zobaczyć, jak wygląda dokładniej.

***

Ostatni karaibski poranek Wielkiej wycieczki jest szybki – zupełnie nie taki do jakich zdążyliśmy się przyzwyczaić przez ostatnie tygodnie. Szybki prysznic, szybkie pakowanie, śniadanie (tylko ono było takie jak zawsze, królewskie), ostatnie uściski ze słońcem, z załogą i ruszamy.

Podróż powrotna zaczyna się na dinghy, którym przepływamy z katamaranu do mariny przy Crown Bay, potem jedziemy taksówką na lotnisko, z St Thomas lecimy do San Juan w Portoryko, z San Juan do Londynu, a z Londynu do Warszawy.

Wielka wycieczka dobiegła końca. Zupełnie nie wiem jak i czy da się ją krótko podsumować. Ale chyba fajnie się zakochać i razem przepłynąć Atlantyk, co nie?